Kategorie
Podróże

Bez psi wora ani rusz!

Być może sterczałbym tam jeszcze przez wiele godzin, gdyby nie policjant na motocyklu, który przegonił mnie z tego niebezpiecznego miejsca. Trochę się przestraszyłem. Był postawny, ubrany na czarno, bardzo zdecydowany i groźny. Ogromnie się różnił od przeciętnego, polskiego milicjanta.

4o lat temu przekraczałem polską granicę na przystani promowej w Świnoujściu z wypakowanym do granic przyzwoitości plecakiem. W garści dzierżyłem zgrzebny śpiwór. Nie przypuszczałem, że 4 dekady później utrudnienia w wojażach będą zupełnie odmiennej natury…

Ale wtedy zaokrętowanie na „Pomeranię” było zwieńczeniem kilkumiesięcznego etapu przygotowań. Paszporty spoczywały w milicyjnym depozycie. Tak! Siedem dni po powrocie z zagranicy należało je oddać. Ponowne wydobycie dokumentu wymagało przedstawienia oficjalnego zaproszenia, potwierdzonego w konsulacie. Lub odpowiedniej kwoty pieniędzy na koncie dewizowym. Dzisiaj już nie pamiętam dokładnie, który z tych warunków spełniałem. Wiem, że wypełniałem liczący kilkanaście stron wniosek. Zawarłem w nim dane osobowe co najmniej trzech pokoleń mojej rodziny. Jedną z niezbędnych informacji było panieńskie nazwisko babci.

Jeszcze tylko pieczątka z uczelni na znak, że uniwersytet zgadza się na opuszczenie przeze mnie ojczyzny. Ryzykując utratę tak ważnej dla życia kulturalnego kraju osobowości.

Nie, nie. Na optymizm za wcześnie. Potrzebowałem wiz. Czyli stempelka, który potwierdzał, że mogę wjechać do danego kraju. Tutaj zaczynała się druga tura wakacyjnego kontredansa. Na francuską nie miałem szans – brak zaproszenia. Wymyśliłem sobie, że zdobędę ją bez problemu w konsulacie w Oslo. Podobnie jak tranzytowe: duńska i niemiecką. To było zagranie va banque, bo wcale nie miałem pewności, że ten system zadziała. Wtedy – żegnaj słodka Francjo. Żegnajcie winobrania i szeleszczące franki wielkości plakatu. Na szczęście wizę norweską dawali bez problemu po udokumentowaniu stanu konta dewizowego. Szwedzka tranzytowa – automatycznie po okazaniu norweskiej.

Żeby było śmieszniej mogłem to załatwiać wyłącznie w Warszawie. Zanim wyjechałem z kraju na dobre, pokonałem już kilka tysięcy kilometrów. Częściowo koleją, częściowo autostopem. Świetna zaprawa!!!

A czas nie pyta, nie staje,

jak mawiał nieoceniony Kazio Gruca, kolega z AZSu.

Dodatkową komplikacją był fakt, że na truskawki mieliśmy jechać ze znajomymi we troje Fiatem 126p. Sezon teoretycznie rozpoczynał się pod koniec czerwca. A moje terminy paszportowo-wizowe ślizgały się jak polscy piłkarze na Mistrzostwach Europy. Znajomi wyruszyli wcześniej beze mnie, z czego najbardziej ucieszył się „Maluszek” z Żerania. Trzy osoby z bagażami to zdecydowanie za dużo jak na najmniejsze dziecko polskiej motoryzacji. Myślę, że dzisiaj rower trekkingowy mieści w swoich sakwach więcej bagażu niż fiacik.

Odprawiłem zatem Jolę z Krzychem, a sam dopinałem formalności. Doszło jeszcze zabukowanie pokładówki na prom do Ystad i obmyślenie trasy. Właściwie jedyna możliwa prowadziła drogą E6 przez Malmo, Goteborg i Oslo do Hamaru. Tam, w niewielkiej miejscowości Asvang mieściła się plantacja truskawek, które miały uczynić z nas finansowych potentatów. Jej właściciel – Alf, rok wcześniej gościł już Polaków, którzy rozesłali wici o zarobkowym Eldorado.

Jeśli chodzi o autostop miałem już niewielkie doświadczenie na rynku krajowym. Rok wcześniej przejechałem kawałek Polski. Lublin, Białystok, Olsztyn, czyli ściana wschodnia. Autobusy, dostawczaki, rzadziej prywatne auta. Ale w szeroki świat wypuszczałem się pierwszy raz! Plusem była znajomość angielskiego, minusem plecak, który ważył 40 kilogramów, czyli równo setkę z moją skromna osobą. Pakowanie bagażu przypominało precyzję przygotowań wahadłowca kosmicznego przed umieszczeniem go orbicie okołoziemskiej. Tylko nie jestem pewien czy „Columbie” zaopatrzono w ryż, makaron, cukier i mąkę?

Udało mi się szczęśliwie dowieźć cenny towar do Świnoujścia

i zameldować w terminalu Polskiej Żeglugi Bałtyckiej.
Celniczka doceniwszy mój wysiłek, odstąpiła od szczegółowej kontroli z obawy przed całkowitym zablokowaniem stanowiska odprawy. Tym samym na promie znalazłem się już bez dodatkowych perturbacji. Czekało mnie teraz 8 godzin podróży przez Bałtyk do skandynawskiej ziemi obiecanej.

Cóż rzuciło się w oczy studentowi dziennikarstwa z Polski po zejściu z „Pomeranii” do terminala promowego w Ystad?
Rzecz jasna – „Świerszczyki”.

Ale nie miałem za bardzo czasu się na nich skupiać, gdyż zaprzątał mnie problem wydostania się z portu.. Kierowcy tirów patrzyli na mnie niechętnie, może przez plecak, a może z powodu płci. Volva i Saaby były kompletnie poza moim zasięgiem. Nie bardzo dziwiłem się Szwedom, że ignorowali osobnika o wszelkich cechach niepoprawnego włóczęgi. O ile martwiło mnie opóźnienie marszruty, o tyle biwak w towarzystwie zakazanych w Polsce czasopism nieco osłabiał moje rozczarowanie.

Widocznie jednak jakieś bóstwo przyzwoitości czuwało nad moimi moralnymi zasadami, ponieważ kierowca jednego z ostatnich zjeżdżających z promu aut zgodził się mnie zabrać. Okazał się być Polakiem, który wyemigrował jakiś czas temu. Dobrą tą duszę zawsze wspominam z życzliwością, gdyż odstawiła mnie pod bramę campingu w Malmoe. To był zaiste krok milowy, gdyż Ystad znajdowało się na kompletnym zadupiu.

Pamiętam, że zadziwiało mnie wiele rzeczy.

Oświetlenie na autostradzie, autobusy przystosowane do przewozu niepełnosprawnych, niesamowita czystość i uprzejmość Szwedów. Z przejazdu stopem przez Szwecję nie zapamiętałem zbyt wiele. Utkwiły mi w pamięci dwa epizody. Zresztą jeden z nich miał poważne konsekwencje, których skutki odczuwam do dzisiaj.

W którymś momencie próbowałem łapać okazję na autostradzie, co oczywiście było niedozwolone. Zresztą nawet rozsądek podpowiadał, że szanse na zatrzymanie jakiegoś pojazdu pędzącego 130 km/h są takie, jak kupienie wówczas na stacji CPN ( poprzednik Orlenu) oleju silnikowego „Selektol”. Być może sterczałbym tam jeszcze przez wiele godzin, gdyby nie policjant na motocyklu, który przegonił mnie z tego niebezpiecznego miejsca. Trochę mnie postraszył. Był postawny, ubrany na czarno, bardzo zdecydowany i groźny. Ogromnie się różnił od przeciętnego, polskiego milicjanta.

Druga przygoda miał trochę komiczny charakter. Otóż w okolicy Goteborga dość długo czekałem na stopa. Było gorąco, skończył mi się jogurt w tekturowym pudełku, ( to było kolejne objawienie, w Polsce wtedy były tylko szklane butelki). Byłem już trochę podłamany, gdy zatrzymał się samochód. Kierowcą była miła Pani, jak się potem okazało, współpracowniczka lokalnej gazety.

Byłem tak zafrapowany rozmową, że z głowy wyleciał mi śpiwór,

który stanowił osobny pakunek. Zabijcie mnie, ale nie wiem, czy zostawiłem go na poboczu, czy też w samochodzie dziennikarki. Próbowałem ratować sytuację. Na kolejnym przystanku odżałowałem kilka szwedzkich koron, zadzwoniłem i próbowałem z panią nawiązać kontakt. Wydawało się to możliwe, bo dostałem od niej wizytówkę. Misja się nie powiodła, a śpiwór przepadł na dobre. Zrobił się problem, bo bez niego nocleg w namiocie nie należał do przyjemności. Jakoś okutałem się w inne rzeczy i przebidowałem dwa biwaki. Potem spałem już w baraku na farmie i zorganizowałem sobie jakieś przykrycie.

Jednak czekała mnie potem dalsza podróż i bez śpiwora ani rusz. Cóż było robić. Po zakończonych zbiorach pojechałem do sklepu sportowego i oszołomiony bogactwem towaru, długo nie mogłem się zdecydować do jakiej minimalnej temperatury ma mnie chronić nowy sprzęt. W końcu wybrałem kompromis walorów termicznych i ceny. Kiedy w Polsce ujawniałem ją niektórym znajomym, pukali się znacząco w czoło. Sto dolców to była mniej więcej równowartość półrocznej polskiej pensji… Trochę drogo za ten śpiwór!

Ale nauczyłem się, że nie warto skąpić pieniędzy na porządne rzeczy! Śpiwór vel „psiwór” służy mi wiele, wiele lat. Nigdy mnie nie zawiódł. Pourywały się troczki, wyciągnęła tasiemka z worka, ale nigdy nie zepsuł się zamek, a pomimo licznych prań nadal idealnie trzyma ciepło. Spałem w nim na poboczach dróg, w kosówce nad Morskim Okiem. Bywało, że leczył mnie z kataru i przeziębienia.

Wkrótce będzie obchodził czterdzieste urodziny! Leży na półce i czeka na kolejna przygodę. Kochany śpiwór!

Może ponownie w Norwegii???

Weźże kliknij banner, wpłaćże na bloga:

2 odpowiedzi na “Bez psi wora ani rusz!”

Bardzo rzetelny opis naszego życia w czasach PRL’u. Tak było i obyśmy nie mieli teraz pod rządami PIS’u powtórki z tamtych czasów. Ładny tekst – Gratuluję!!!!

Skomentuj:

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.