Kategorie
Obyczaje Podróże

Wrzuć na luz

Ze względu na ryzyko covidowe odpadały góry egzotyczne, czyli Stołowe, Świętokrzyskie, mazurskie moreny boczne i czołowe oraz ostatnie piętro Pałacu Kultury i Nauki. Pisząc o egzotyce mam na myśli miejsca położone ponad 100 km od Krakowa.

To nieskomplikowane z pozoru hasło zawiera w sobie antydetonator emocjonalny. Krótko mówiąc, zachęca do uspokojenia nerwów, wyłączenia superego i oddania się ulubionym rozrywkom.

Do jednego z moich wiodących antydepresantów należą spacerowycieczki górskie. Coś pomiędzy zdobywaniem Korony Beskidów a opróżnianiem piwa Corona o słomkowym zabarwieniu. Z reguły ta forma aktywności na świeżym powietrzu ogranicza się do dwugodzinnego marszu, najchętniej pozbawionego długich i forsownych podejść. Zdecydowanie przedkładam zejścia ponad inne formy ukształtowania terenu, ale topografia jest nieubłagana. Suma „w górę” i „w dół” musi się bilansować.Gdy się już tak nawycieczkospacerujemy przychodzi nam ochota, żeby zjeść coś konkretnego.

Obiad w knajpie

to jest to, co tygryski lubią najbardziej.

Tutaj czasem też myślimy o zbilansowaniu. Oczywiście kalorii. Z reguły nam się udaje, ale jest takie jedno miejsce w Beskidzie Sądeckim, które absolutnie wyklucza jakiekolwiek dietetyczne zamysły. Wkrótce się o nim dowiecie.

Wcześniej muszę jednak wyjaśnić, że długo głowiłem się nad zbilansowaniem okrągłej rocznicy naszego ślubu… Niezaprzeczalnie musiało to być połączenie dobrego papu i luźnej atmosfery.
Aha! Pytanie o liczebnik porządkowy związany z rocznicą oddalam. Podanie tego faktu nie wchodzi w zakres tematyki felietonu. Ciekawskim, ale i dociekliwym zdradzę tylko, że jesteśmy małżeństwem tyle lat, ile trwała jedna z wojen w XVII wieku. Co więcej zakończyła się ona w tym samym miesiącu, w którym braliśmy ślub. Data dzienna jest różna, ale tutaj reklamacje proszę zgłaszać stronom konfliktu…

Ze względu na ryzyko covidowe odpadały góry egzotyczne, czyli Stołowe, Świętokrzyskie, mazurskie moreny boczne i czołowe oraz ostatnie piętro Pałacu Kultury i Nauki. Pisząc o egzotyce mam na myśli miejsca położone ponad 100 km od Krakowa. Na świętowanie mieliśmy tylko dwa dni, więc szaleństwa były wykluczone.

No dobra, co z tym żarciem zapytacie. Żarty się skończyły, zbliża się pora obiadowa, a my nadal tkwimy w samochodzie, gdzieś między Limanową a Nowym Sączem. Myśl się sączy zatruta czy aby zdążymy przed zamknięciem kuchni. Tym bardziej, że po zaparkowaniu czeka nas jeszcze półtorej godziny podejścia. Pokonywaliśmy je wielokrotnie, ale ostatnio było to prawie 10 lat wcześniej. Może tym razem nie podołamy?

Widok z Makowicy w kierunku Gorców i Beskidu Wyspowego

Ale co z tym jedzonkiem?

Na razie nie wygląda to dobrze. Na samym początku, jeszcze na asfalcie robi się stromo. No tak, zjedliśmy przed chwila pyszne kanapki, więc paliwo jest. Ale i tak plecak waży dość sporo. I nieodzowny aparat. Lustrzanka, którą taszczę mimo wszelkich zalet smartfonów. Jakoś tak od najmłodszych lat mam przy boku coś z normalnym obiektywem.

Owszem, cykam zdjęcia komórką, ale na poważniejsze wyjazdy mam zawsze „puszkę” Nikona i trzy „słoiki”. Jeden uniwersalny zoom, jasna stałkę z wzorową rozdzielczością i portretówke Tamrona. Brakuje mi jeszcze jakiegoś dobrego, podróżnego zooma lub dobrego teleobiektywu. Taka mała dygresja fotografa amatora od urodzenia, który godzinami potrafił przesiedzieć w ciemni. Najlepsza nawet komórka nie odda atmosfery powstawania zdjęcia w ciemni. Chwila, gdy z białej kartki papieru fotograficznego wyłania się czarno-biały obraz. I emocje czy wszystko gra, czy szczegóły widoczne są i w światłach i w cieniach. A czym większy format odbitki, tym większa radocha! Do tego przytłumione światło czerwonej żarówki, jedynej barwy na którą nie reaguje światłoczuły papier.

Od zrobienia zdjęcia, i to po dłuższym namyśle, bo każda klatka filmu była drogocenna, do efektu końcowego droga była daleka. Czasem mijało kilka tygodni, zanim fotka ujrzała światło dzienne. Po drodze jeszcze, w całkowitych ciemnościach wywoływałem w koreksie film. To była duża sztuka nawinąć rolkę na specjalny bęben ze ślimakowatym wyżłobieniem i potem tylko wedle zegarka dobrać czas kąpieli w wywoływaczu. Potem czas na kąpiel w wodzie i w koreksie lądował utrwalacz. I ta bezcenna chwila wyciągania celuloidu z czarnej czeluści i weryfikacji czy wszystko poszło ok. To była magia, której nie zastąpi żaden najnowszy Iphone czy inne bezduszne pudełko naszpikowane technologią.

Cóż, nie mam nic przeciwko technologii, a moja Żona może zaświadczyć, że radzę sobie z nią ( technologią), całkiem nieźle. Ale uważam, że w niewłaściwych, niewyszkolonych rękach przynosi więcej szkód niż korzyści!

Ja tu gadu, gadu, a tymczasem przekraczamy wysokość 700 metrów.

Jest kilka domów, pole orne i ładne miejsce, żeby zrobić kolejne, cyfrowe, zdjęcie:

Ależ tu pięknie i kolorowo!

Wiemy, że już niedaleko! Prawie czujemy zapach kiełbasy po łabowsku, pierogowej michy pijanego zbója i pyszności nad pysznościami – naleśników. Są warte skosztowania pod każdą postacią! Jeżeli łazikujecie po górach, ze szczególnym uwzględnieniem Beskidu Sądeckiego, to powinniście już wiedzieć, dokąd zdążamy za dobrymi duchami gór…

Ogarnia nas nie tylko uczucie kulinarnej błogości na myśl o wspomnianych smakołykach, ale też i wzruszenie, że wracamy w to miejsce. Tutejszych gospodarzy odwiedzaliśmy onegdaj w niewielkim schronisku harcerskim pod Turbaczem, potem była wizyta na Hali Łabowskiej, aż wreszcie, w 2004 roku tutaj. Można śmiało napisać, że Irenę i Jacka znamy tak samo długo, jak siebie :). Tyle, że widujemy ich znacznie rzadziej. Zdecydowanie za rzadko.

Kolejny odcinek jest krótki, ale nie oszczędza turystów. Ostatni kilometr to średnie nachylenie ponad 10%. Zresztą i tak nie jest źle, gdyż podchodzimy tzw. „baranią drogą” ( przynajmniej tak ją nazwał jeden z turystów), a nie czerwonym szlakiem. Ten jest jeszcze bardziej wymagający. Nie bawi się w zakrętasy, tylko „wali” wprost do góry. Wiemy, bo szliśmy nim z dziećmi, które wykazały prawdziwy hart ducha podczas podejścia. Po pokonaniu wszystkich trudności w nagrodę otwiera się taki widok:

Gdzieś tam w dole jest „nasze” schronisko

Gdzieś tam w dole jest nasze schronisko.

A w nim wspaniały obiad

zwieńczony kawą z boską szarlotką. Feeria kalorii z takim trudem gubionych przez prawie dwie godziny. Restauracja, która nie ma sobie równych nie tylko w górach, ale i na całym globie. I nie mam tutaj na myśli tylko kulinariów. Bo zwykle ważne jest to, co otacza talerze z jedzeniem. Ludzie i atmosfera, którą tworzą. A tutaj wszystko jest bezbłędne.

O rany! Zostawiam ten bałwochwalczy ton, bo posądzicie mnie o sponsorning. Nic z tych rzeczy! No przepraszam. Wieczorem wypiliśmy po kieliszku nalewki domowej roboty, gwarząc o tym i o owym. Ale to była zdecydowanie okoliczność towarzyska, a nie marketingowa. Po prostu wspólnie świętowaliśmy naszą rocznicę…

Wiecie co? Rozmarzyłem się. Tak mi błogo , że odeszła mi ochota na pisanie. Żeby nie było, że zostajecie z niczym, dorzucam kilka zdjęć na zaostrzenie Waszego apetytu. A to co działo się wokół nich, odsłonię w kolejnym, weekendowym już felietonie :).

Weźże kliknij banner, wpłaćże na bloga:

Skomentuj:

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.