Kategorie
Obyczaje

Kto czyta, nie pisze

Nawet najdziksze przygody Apaczów Karola Maya przegrywały z zabawą w chowanego. Jakież były moje męczarnie, gdy przytłoczony rysowaniem szlaczków lub mozolnym przenoszeniem reszty z dzielenia, tęsknym okiem patrzyłem przez kuchenne okno na zwisające z trzepaka koleżanki.

W tym jakże prostym równoważniku zdania zawiera się dylemat człowieka, który pasjami lubi robić obie rzeczy. Owszem, mam słabość też do wielu innych aktywności, ale tym razem je przemilczę ze względu na cnoty niewieście PT Czytelniczek. Zresztą wiek swoje robi i pewne czynności mogę kultywować raczej w formie gawędy…

Odkąd pamiętam, lektura była moim ulubionym zajęciem. Mama dorobiła nawet do tego legendę, twierdząc, że za nic w świecie nie chciałem wychodzić na podwórkowe zabawy. Tylko czytać i czytać. Mimo zaawansowanej sklerozy pamiętam jednak coś niecoś z tamtych czasów i muszę czym prędzej dokonać bezkompromisowej ekspiacji.

Moim zdaniem, harce z podwórkowymi dziećmi bezustannie mnie wciągały. Najciekawsza nawet Ożogowska czy Nienacki, ( ten w wydaniu dla młodzieży), nie mogli się równać z grą „w noża”, doktora, czy – w konsekwencji – gumę!
Nawet najdziksze przygody Apaczów Karola Maya przegrywały z zabawą w chowanego. Jakież były moje męczarnie, gdy przytłoczony rysowaniem szlaczków lub mozolnym przenoszeniem reszty z dzielenia, tęsknym okiem patrzyłem przez kuchenne okno na zwisające z trzepaka koleżanki.

Co nie znaczy, że unikałem słowa drukowanego. Zadebiutowałem książką – „Pan Soczewka na Księżycu” Jana Brzechwy, jeśli nie liczyć przywiezionej z Bułgarii przez Ciocię Milę „Azbuki” czyli elementarza do nauki cyrylicy.
Jako dziecko z raczkującym jeszcze wtedy genem patriotyzmu i spadkobiercą chrześcijańskiej kultury Zachodu, wybrałem rzecz jasna znaki łacińskie:

Wszyscy więc sobie myśleli w duszy:
„Kto tym sputnikiem pierwszy wyruszy?
Gdzie jest ów śmiałek? Gdzie jest zuch taki,
Który przemierzy śródgwiezdne szlaki?”
Rzekł pan Soczewka: „Panie, panowie,
Choćbym miał pęknąć, stanąć na głowie,
Wyleźć ze skóry, zaprzedać duszę,
Ja właśnie pierwszy polecieć muszę!

Z cytatu jasno wynika, że Musk to mały, technokratyczny pikuś przy naszym sarmackim zawadiace. Co ciekawe, jeśli zapoznacie się z całością wiersza, to zobaczycie, że Soczewka był również kosmonautą niezłomnym. Nie dał się tambylcom zakrzyczeć, co więcej, nawiązał z nimi przyjazny kontakt.

Ta lektura i historia z nią związana, miała wręcz tragiczne zakończenie.

Długo zwlekałem z jej oddaniem. Bałem się wpaść zapewne w separacyjną depresję z dziecięcym idolem. Skutkiem było znaczne przekroczenie terminu zwrotu „Pana Soczewki”. Rodzicom się do niczego nie przyznałem. Czas płynął, aż wreszcie do skrzynki pocztowej trafiło upomnienie! Spotkała mnie w domu sroga reprymenda, na domiar złego, skruszony i upokorzony, musiałem książeczkę zwrócić osobiście. Oblany rumieńcem wielkości zachodzącego słońca, z duszą na ramieniu, wkroczyłem do biblioteki. Pracowały tam dwie panie – siostry, które uwielbiały swoją pracę. Każdą książkę oprawiały w szary papier, a jej grzbiet znaczyły kolorem stosownym do stopnia trudności. „Pan Soczewka” miał pasek zielony – dla początkujących. Trudniejsze były na żółto, a o niebieskich czy czerwonych nawet nie miałem wtedy co marzyć.

Wybąkałem – nie, nie, to nie jest to, o czym myślicie – przeprosiny, wysupłałem niewielką kwotę w charakterze kary i czym prędzej zwiałem. Okazało się, że były to złe dobrego początki. Otrząsnąłem się ze strachu i stałem się wiernym czytelnikiem, a bibliotekarkom z każdym rokiem trudniej było wynaleźć dla mnie jakąś nieprzeczytaną pozycję.

Być może jeszcze w stanie szoku pourazowego napisałem krótkie opowiadanie science-fiction. Do dziś pozostaje ono w rękopisie zeszytowym. Dobrze, że mi ta wena przeszła, bo musiałbym dzisiaj dzielić sławę z Rafałem Ziemkiewiczem, a tak to dzielę brak tejże z kilkoma milionami niedoszłych pisarzy…

No dobra, ale o czym to ja chciałem…
A! O konflikcie czytania z pisaniem.

Czasy są teraz takie, że ciągle brakuje czasu.
Niby wszystkie te urządzenia typu komputer, komórka, samochód i inne pralki miały nam usprawnić życie. Tymczasem figa. Smartfon co i raz odrywa nas od rzeczywistości, a gdy go naprawdę potrzebujemy, pada bateria. Znajomi bombardują nas żałosnymi memami, a nowa pralka nie wrzeszczy przed pierwszym praniem: „Odblokuj mi bęben”. W konsekwencji w czasie wirowania, zamiast posłusznie mruczeć w kącie, odbywa po łazience wściekły taniec epileptyka. A my gorączkowo szukamy w myślach, gdzie ciepnęliśmy instrukcje obsługi, bo żaden Asystent Google nie raczy nas poinstruować „o co kaman”! Wyobraźcie sobie jak śmiesznie wyglądałem, gdy swym niewielkim ciężarem próbowałem to wredne urządzenie niemieckiej produkcji powstrzymać przed pielgrzymką po mieszkaniu! Zdecydowanie wyglądało to na jakiś akt sabotażu ze strony unijnego mocarstwa!!!

Ponieważ szczęśliwie ominęło mniepranie mózgu, zafundowałem sobie kilka ciekawych pozycji… książkowych. Zaraz po biografii Mieczysława Rakowskiego, autorstwa Michała Przeperskiego, porządnie i tanio wydanej przez IPN, przeczytałem życiorys Louisa Armstronga, bardzo rzetelny i aż nazbyt szczegółowy. Po drodze próbowałem zmęczyć Silmarillion i Wiedźmina, ale wygląda na to, że taka lektura mi jużnie leży. Potem nieszczęsny los podsunął autobiografię mojego ukochanego reżysera, Mela Brooksa. Grzechem byłoby nie zaglądnąć na plan „Kosmicznych jaj” czy „Facetów w rajtuzach”. Wciąż śmieszą mnie liczne gagi, wśród których prym wiedzie „przeczesywanie pustyni” olbrzymim grzebiniem. Oprócz Brooksa, ( polsko-żydowskie korzenie, prawdziwe nazwisko Kaminsky), aktualnie na tapecie mam „Błękitną kropkę” Carla Sagana. A na półce do ponownego przeczytania trylogia Harariego.

No i bądź tu mądry i pisz bloga. Wspomniałem o moich typach literackich nie z chęci autokreacji, lecz w celu zwrócenia uwagi na trudną sytuację blogera.

No to już wiecie, dlaczego ostatnio tak rzadko można mnie czytać. Właśnie dlatego…

A co do innych aktywności, to dzisiaj smażyłem placki kartoflane.

Muszę pochwalić całą Rodzinę, bo zjawiali się przy stole karnie, dokładnie po zakończeniu posiłku przez poprzednika. Uniknąłem tym samym niepotrzebnych spiętrzeń i przestojów.

Kończę. Bo mi lektura odłogiem leży!

Kto pisze – nie czyta!


Weźże kliknij banner, wpłaćże na bloga:

Skomentuj:

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.